Księga wspomnień

Drodzy Państwo! Próbujemy stworzyć coś w rodzaju księgi wspomnień, uzupełniającej monografię Szkoły. Zbieramy „migawki pamięci”, opowiastki o dawnym Liceum, nauczycielach, wydarzeniach; mile widziane anegdoty. Szukamy też Rodziców i Dziadków, którzy kończyli Czackiego. „Wspominki” będą redagowane, więc obawy o formę tekstów są niepotrzebne. Prosimy o przesyłanie tekstów na adres annakoszycka@poczta.onet.pl lub biblio27@wp.pl. W przypadku osób, nie korzystających z Internetu, umówimy się na wywiad. Jest w nas mnóstwo nadziei na „Czacką” solidarność.

Alicja Zięba i Dyrekcja

Dyrektor Irena Porębska

dyr_I_Porebskiej[1]

Urodziła się 22 kwietnia 1889 r. we Lwowie, jako córka Apolinarego i Marii Ostaszewskich. Wychowywana była w kulcie bohaterów narodowych, jej przodkowie angażowali się w sprawy niepodległościowe i tę tradycję zawarła później w swoim doktoracie. Ojciec inżynier zmarł, gdy z siostrą miały kilka lat. Maturę zdała w 1908 r., z odznaczeniem, w żeńskim liceum im. Królowej Jadwigi we Lwowie. Wstąpiła do Akademii Handlowej, a po jej ukończeniu, w 1909 r., na Uniwersytet Lwowski im. Jana Kazimierza.

Ale z maturą z żeńskiego liceum mogła studiować jedynie jako tzw. wolny słuchacz, czyli bez prawa zdawania egzaminów i otrzymania później dyplomu. Więc w 1916 r., czyli osiem lat po tamtej maturze, ponownie do niej przystąpiła w męskim liceum, bo dopiero taka dawała kobietom prawo do zdawania egzaminów w trakcie studiów uniwersyteckich. To były lata, kiedy kobiety w Polsce całkiem niedawno sforsowały wrota wyższych uczelni. Ledwie 15 lat wcześniej (1894 r.) na Uniwersytecie Jagielońskim pozwolono pierwszym trzem kobietom studiować jako wolne słuchaczki, a zaledwie 12 lat wcześniej (1897 r.) pierwsze emancypantki mogły formalnie studiować i zdawać egzaminy na UJ.

Studiowała w latach 1909 – 1917 i jednocześnie pracowała w Instytucie Technologicznym, więc stać ją było na uczenie się do syta, choć czesne było niewielkie. Na jej pojemnym wydziale filozoficznym była wtedy ogromna ilość przedmiotów i duża dowolność ich wyboru. Zdała egzaminy, bądź zaliczyła seminaria z bardzo wielu specjalizacji, najwięcej, bo aż 61, zaliczyła z literatury polskiej i europejskiej (zawsze przepadała za cytowaniem poezji na co dzień, szczególnie w sytuacjach komicznych, a całe życie miała fantastyczną pamięć). Także liczne z filozofii, historii, trzech języków obcych, nauk geograficznych, które prowadził wybitny Eugeniusz Romer, autor m. in. Wielkiego Atlasu Ziem Polskich, ekspert w Paryżu d.s. wytyczania nowych granic po I Wojnie Światowej, a geologii nauczał słynny Zuber. Jako novum wprowdzono wtedy m.in. przedmiot zatytułowany: “Dusza i ciało, życie psychiczne a układ nerwowy”.

Lwów, trzecie miasto co do wielkości w Polsce, był wówczas głównym ośrodkiem nowej filozofii polskiej i miała przyjemność studiowania w towarzystwie późniejszych wybitnych filozofów, np.: Tadeusza Kotarbińskiego, Kazimierza Ajdukiewicza. Zaliczyła 14 semestrów. W każdym po około 15 przedmiotów, po 40 i więcej godzin tygodniowo, również w języku niemieckim. De facto były to podwójne studia ( posiadam index tych wszystkich zaliczeń).

Skończyła się I Wojna Światowa i otworzyły nowe perspektywy przed odrodzonym państwem Polskim. Mąż, Eugeniusz Porębski, namówił Ją do wyjazdu i otwarcia biznesu w Kijowie. Tam, w 1919 r. urodziła się córka Romana, moja Matka. Pomysł był świetny, firma rozwijała się prężnie, ale nie przewidywał ekspansji bolszewików na Kijów. Po roku o mały włos nie przepłacili tego życiem, kiedy wkroczyła Armia Czerwona. Szczęśliwie udało się wrócić do Lwowa, Dziadek do pisania licznych książek popularyzujących naukę, tłumaczeń i dziennikarstwa, Babcia do pisania doktoratu. Założyli się kto pierwszy skończy doktorat, ale Dziadek dość szybko zrezygnował.


Babcia wygrała, w 1922 r. obroniła doktorat pt. “Społeczeństwo polskie w Galicji przed rokiem 1846, ze szczególnym uwzględnieniem Lwowa”. Na dyplomie widnieją autografy JM Rektora Jana Kasprowicza, poety, który zaproponował Babci asystenturę na Uniwersytecie, ale jej miłością okazała się praca z młodzieżą szkolną. Zdała jeszcze wymagane egzaminy nauczycielskie przed Państwową Komisją Egzaminacyjną w 1924 r. i kontynuowała rozpoczętą wcześniej pracę w liceum im. Juliusza Słowackiego, później w Liceum im. Królowej Jadwigi. W latach trzydziestych wykładała w Seminarium Nauczycielskim im.Adama Asnyka, cały czas na półtora lub dwóch etatach. Prowadziła lekcje języka polskiego, historii i geografii z astronomią.


A żeby wakacje spędzać sportowo, ale i poznawczo, przez wiele lat organizowała górskie wędrówki dla uczennic, pod hasłem “Odkrywamy Ojczyznę”. Obszernie opowiadała o historii, geologii, geografii mijanych ziem. Tygodniami wędrowały z plecakami od schroniska do schroniska lub do chłopskich chałup. Robiła dużo zdjęć, ale zostały na zawsze, jak wszystko, we Lwowie.


W czasie okupacji bolszewickiej, potem niemieckiej, potem znów bolszewickiej na Kresach, pracowała w szkolnictwie jawnym i tajnym. Próbowała w miarę swoich skromnych możliwości pomagać uczniom w tragicznych okolicznościach. Wiem o pomocy rzeczowej dla dwóch rodzin Żydowskich, osadzonych w Getcie Żydowskim we Lwowie, a później przewiezionych do Auschwitz, którym wysyłała paczki z żywnością. Ostatecznie wszyscy zginęli. Zachowały się listy z podziękowaniami, które przekazałam do Muzeum Historii Żydów w Warszawie.

W październiku 1942 r. tragedia uderzyła w Jej własną rodzinę, zginął zięć, Paweł Komarnicki, mój Ojciec, z rąk UPA, w tydzień po moich narodzinach. Wszyscy mieszkali we Lwowie, mój Ojciec należał do AK, a jako mgr inż. rolnik pracował także dużo na wsi. Miał 26 lat. Wtedy opuściła Lwów na zawsze.

Przyszły lata wojennej tułaczki dwóch kobiet z niemowlakiem (ze mną) w poszukiwaniu przystani i pracy. Wiem o pobycie w Bieczu, a w 1944 r. otrzymała propozycję nauczania m.in. języka polskiego w Zakopanem, od Stefana Jarosza, geografa, jednego z twórców Tatrzańskiego Parku Narodowego, późniejszego jego dyrektora.

Jak wynika z dokumentów, już w marcu 1945 r. wyjechała sama do pracy w Pszczynie (dwa miesiące wcześniej przetoczył się tamtędy front), a w kwietniu na tzw. Ziemie Odzyskane. Kuratorium Śląskie zaproponowało Jej organizację polskiego szkolnictwa w Zabrzu. Zaczęła tworzyć je z wielkim zapałem, choć brakowało tam wtedy wykształconych Polaków. Wyjeżdżali Niemcy, a dopiero zaczynali napływać Rodacy, głownie z Kresów i z Warszawy. Była to praca od podstaw i na “dzikim zachodzie”, gdzie było jeszcze miejscami bardzo niebezpiecznie. We wrześniu cudem entuzjazmu udało się wszystko dopiąć i rozpocząć rok szkolny 1945/1946. Ten dzień sprawił Jej ogromną radość i satysfakcję. Mianowano Ją dyrektorem ogromnej szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum przy pl.Warszawskim 6 w Zabrzu.

W 1951 r. została powołana na dyrektora zespołu szkół w Warszawie, na ul. Czerniakowskiej. Zawsze dodatkowo, obok dyrektorowania, uczyła, ale po 1947 r. zrezygnowała z ulubionej historii, bo nie chciała jej zakłamywać. Zamieniła historię na geografie i astronomię. Po czterech latach została przeniesiona do liceum nr 27 przy ul. Drewnianej. W 1957 (?) roku otrzymaliśmy nową lokalizację na ul. Karowej. Budynek był ciasny i 4.piętrowy, ale po sąsiedzku mieliśmy widok na ogrody pałacu Namiestnikowskiego, obecnie Prezydenckiego i częściowo na piękny “Ślimak”.

W 1958 r. ze szkołą nawiązało kontakt Stowarzyszenie Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Czackiego, zawieszone w latach pięćdziesiątych. Zainicjowali odrodzenie szkoły i nadanie imienia Tadeusza Czackiego naszemu Liceum. Babci bardzo zależało na pięknej oprawie uroczystości i wszyscy, również rodzice, wspólnie zabiegali o zgody M.O. i MSW na “zgromadzenie uliczne”. Po długich staraniach udało się to i całą ul. generała Michała Tokarzewskiego – Karaszewicza, między Krakowskim Przedmieściem a pl. Piłsudskiego, zamknięto dla ruchu. Odbyła się tam wielka, historyczna uroczystość. 9 maja 1959 r. Stowarzyszenie Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Czackiego przekazało nazwę i tradycję naszemu Liceum nr 27. Ze wzruszeniem wręczyli nam powojenny sztandar. Wszyscy byliśmy dumni z tej nazwy.

Stowarzyszenie z wielką sympatią patronowało i pomagało w realizacji różnych pomysłów, np. kursu na prawo jazdy w szkole. Sprezentowali nam oryginalny Willys z demobilu , z korbą jako rozrusznik… Było to zajęcie niespotykane w ówczesnych szkołach i też trzeba było trudu, aby uzyskać zgodę władz. Wielu z nas otrzymało prawo jazdy tuż przed maturą. Mieliśmy także naukę tańca, prowadził jeden z braci Wieczystych, ze znanych w Warszawie kursów. Udało się w ciasnych podziemiach wygospodarować miejsce na pracownię fotograficzną.


Była dyrektorem do 1962 r, potem uczyła do 78. roku życia. Pracowała 55 lat.

Bardzo poważnie i z wielkim szacunkiem traktowała zawód nauczycielski. I wszystkich ludzi.

Ewa Komarnicka – Kapuścińska